Należę do osób normalnych. O standardowym obwodzie bioder, ud i talii. Cycki trochę mniejsze w stosunku do całości, ale bardzo mi to odpowiada. Według europejskiego sklepu noszę rozmiar M. Chciałabym powiedzieć, że jestem z tego dumna, ale skłamałabym.
Choć wśród znajomych stanowczo utrzymuję, że nie posiadam się z dumy, jakie to mam kobiece kształty, prawda jest zgoła odmienna. Jak każda dziewczyna, skrycie marzę o rozmiarze S. Sama literka ma w sobie coś smukłego i podniecającego. Esss. Nie jakieś em jak mięso, mamut, monstrum, megagigadupa. I choć zawsze idę z zamiarem kupna dopasowanych spodni ( i wmawiam sobie, że rozmiar nie gra roli), biorę dodatkową parę S. Na wszelki wypadek. A nóż widęlec może w nie wejdę. Może w magiczny sposób schudnę na chwilę i delikatnie, jak w reklamie podpasek Always wciągnę na swój tyłek biodrówki ( o jeżu, marzenie). Tak było też dzisiaj.
Kupowanie spodni, odcinek 3951
Do przymierzalni biorę trzy pary biodrówek rozmiar 38, jedne 40 (na wszelki - daj boziu nie - wypadek) i parę 36. Pierwsze za długie, drugie za duże, trzecie dramat - projektanta powinni ukrócić o głowę. Zabieram się za 36. Wszystko szło gładko do momentu zapięcia. Wtedy oto moim oczom ukazał się widok tak koszmarny, że do końca dnia postanowiłam zostać przy samej wodzie.
Brzuch, który w rozmiarze 38 wygląda na całkiem zgrabny i wyrzeźbiony, wciśnięty w te morderczo opinające rurki, wyśliznął się sprytnie na wierzch, dyndając obleśnie przede mną i wywołując torsje. Wiecie jak wygląda i porusza się nie do końca ścięta galaretka mięsna wyciągnięta z miseczki? To właśnie zobaczyłam w lustrze. W ten oto sposób dobry humor, nad którym pracowałam cały dzień, został doszczętnie zniszczony. Dumnie wyszłam przymierzalni i nie dając niczego po sobie poznać oddałam wieszaki ekspedientce (chuda siksa była z 10 lat ode mnie młodsza) i powstrzymując łzy wróciłam do domu.
Znam pierdylion dziewczyn i kobiet, które przeżywają to samo z każdą wizytą w sklepie. Ale powiedzieć Ci coś? To, czy nosisz M jak Monstrum czy S jak Suka, nikogo nie obchodzi. Uwierz mi. Dopóki nie jesteś modelką (a oprócz XXS musisz mieć min 175 wzrostu) wszyscy mają głęboko w nosie to jaki nosisz rozmiar. Ta cyfra czy literka na metce powinna Cię jak najmniej obchodzić, bo ważniejsze jest to czy:
- umiesz się odpowiednio ubrać w stosunku do swoich metrów w obwodzie
- czujesz się dobrze w swoim ciele
- czy po prostu jesteś zdrowa
"Faceci to wolą wieszaki"
Trust me: takich jest jak na lekarstwo. Poznałam w swoim życiu wielu mężczyzn i z ręką na sercu powiem, że 80% wolałoby wytarmosić Cię za fałdki i klepnąć w okrągły tyłeczek niż użerać się z wiecznie sfrustrowaną odchudzającą się laską. Chyba, że genetycznie jesteś S jak Suka. Pozostałych 20% to oszołomy, albo po prostu taki mają gust albo są kolesiami z tłustym portfelem (są wyjątki od reguły), dlatego nie potrzebują tłustego tyłka w fotelu pasażera w swoim Jaguarze.
Jeśli spotykasz się z gościem, który po en-tej randce sugeruje, że może odpuściłabyś sobie dodatkową gałkę lodów na rzecz porannego joggingu, którego nie znosisz - daruj sobie. Ten książę nie jest z Twojej bajki. Nie mówię, że masz dumnie chodzić po ulicy w leggingsach podkreślających wyhodowany przez lata cellulit, ale ostatnią rzeczą na świecie jaką powinnaś zrobić to ODCHUDZAĆ SIĘ DLA FACETA.
Otwórz szafę, przejrzyj ciuchy i jeśli krwawi Ci serce patrząc na rozmiar 42, weź nożyczki i odetnij metkę. Bo te liczby w Twoim życiu nie mają żadnego znaczenia.
